Kiedyś, bardzo dawno temu zastanawiałam się, jak to możliwe, że mój
jeszcze-nie-mąż ma takie problemy z urlopem, że się musi dostosowywać do
urlopu wszystkich świętych w swojej pracy, podczas, gdy tenże urlop mu
sie po prostu należy! I jakoś nie docierało do mnie, że nie każdy ma tak
jak ja, zaplanowany urlop w styczniu na cały rok – i choćby się walilo i
paliło – ma prawo z niego skorzystać.
Póżniej mój już-prawie-mąż zmienił swoją pracę, na taką, w której nie ma
problemu z urlopem, a ja swoją, na taką, w której zarabiałam pieniądze,
pozwalające nam na zakup mieszkania, za to nie miałam prawa do urlopu. I
w sumie, przez pierwszy rok nie bardzo mi to przeszkadzało. Miałam
satysfakcjonującą pracę, blisko domu, za dobre pieniądze, w niezłej
atmosferze, więc jakoś się godziłam z brakiem urlopu. W kolejnym roku
pracy , odmieniło mi się. Miałam serdecznie dość, bo z wyczerpujacymi
się akumulatorami, wyczerpywała się moja radość z pracy. A półtorej
tygodnia urlopu przez 2,5 roku pracy nie dawało odpoczynku, zwłaszcza,
że non stop dzwonił telefon.
Gdy znowu zmieniłam pracę, okazało się, że wpadłam jak śliwka w kompot.
Zamiast super hura z pracy w wielkiej międzynarodowej korporacji, z
siedmiogodzinnym dniem pracy, całym pakietem socjalnym, okazało się, że
jest jedno wielkie g. Byle jaka praca, w złej atmosferze, daleko od
domu, za marne pieniądze, z wiecznymi umowami na czas określony, zero
stabilizacji i perspektyw. I choć miałam możliwość chorowania, czy
urlopowania się (w przeciwieństwie do poprzedniej firmy), to jakoś
brakowała chęci do pracy i niezbędnego moim zdaniem entuzjazmu.
A teraz mam spokojną pracę, z porządnym facetem jako szefem, blisko
Kociaka (co eliminuje konieczność korzystania z publicznych środków
komunikacji i znacznie skraca czas dotarcia do domu) i na dodatek
wybieram się na urlop. I nie miałam z dostaniem do żadnych problemów. I
wiem, że nie będzie żadnych telefonow, które sprawiłyby że czułabym się
jak w biurze. I cholernie się z tego cieszę! Bo w kolejnym już etapie
mojego dojrzewania do dorosłości odkryłam, że lepiej mieć pracę spokojną
i może gorzej płatną, ale za to stabilną i taką, w której pracownik
jest również człowiekiem, niż świetnie płatną, ale traktującą człowieka
jak robocika, mały trybik, który w każdej chwili można wyrzucić, czy
zastapić bez żadnych skrupułów.
Więc od poniedziałku przez tydzień się urlopuję. I już się nie mogę
doczekać całego tygodnia z Kociakiem, każdego poranka bez pośpiechu i
tej szczególnej bliskości, która wiąże się bliską obecnością kochanego
człowieka.
Ps. A po dwudniowym okresie (?) juz ani śladu. I co ja mam myśleć?