czwartek, 27 kwietnia 2006

:)

Po wczorajszym spotkaniu z właścicielką działki i wstępnych ustaleniach dotyczących warunków zakupu, siedzimy w domu i pprzeliczamy posiadane środki, możliwości kredytu oraz możliwości zmian na hipotece mieszkania i ewentualnego kredytowania działki pod hipotekę mieszkania. Takie wyjście dało by nam same korzyści:
- wyższy kredyt, uwzględniający np. opłatę notarialną, prowizję bankową, środki na ogrodzenie
- nienaruszanie posiadanych zapasów gotówki (znikomych) na ewentualność in vitro
- szybsze udzielenie kredytu – ze względu na wiarygodność zabezpieczenia i jego znacznie większą wartość
- środki na wyjazd do Chorwacji, z którego nie możemy się już wycofać (ze względu na znajomych, z którymi się tam wybieramy).
Póki co i tak sprawa leży w rękach obecnych właścicieli. Oby tylko załatwianie wszystkich papierów i zgody na podział nieruchomości poszlo jak najszybciej. Realnie patrząc na koniec maja powinniśmy podpisać umowę kupna – sprzedaży, po połowie czerwca – akt notarialny :D DD
Póżniej leżymy oglądając Honeymooners. Rozmarzona pytam Kociaka, czy wyobrażał sobie, że jeszcze w tym roku będziemy mieć swoją własną działkę pod laskiem i będziemy mogli na nią jeździć w każdej chwili bo to tylko 10km od naszego domku. W odpowiedzi słyszę, że nie, nie wyobrażał sobie. Ale wolałby nie mieć działki jeszcze 20 lat, a mieć dziecko, przestać odwaracać wzrok od kobiet w ciąży i przestać zaglądać w czyjeś wózki.
Znamy się 12 lat, ze sobą jesteśmy 7. Nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, że takie zachowanie jest nie tylko moją domeną, że on tak samo jak ja czeka.
Kocham go.

poniedziałek, 24 kwietnia 2006

Nowe plany

W sobotę bylismy na imprezie urodzinowej kilka lat młodszej ode mnie młodzieży. I choć zabawa była świetna, to z przykrością stwierdziłam, że w ciągu ostatnich kilku lat postarzałam się o wieki. Zupełnie mnie nie kręci zapalenie trawki, nie podoba mi się to, że chłopak przychodzacy ze swoją dziewczyną upija sie do nieprzytomności itd… Taaa, choć tak naprawdę, to nigdy mi takie zachowania nie odpowiadały. czyżbym była stara jeszcze, gdy byłam nastolatką?
A w niedzielę – po trudnej pobudce o 12,10 – spotkanie ze znajomymi i ich dwuletnią ślicznotką. I to jej: Paaaaawiiiiiił!!!!!!! na przywitanie połączone z energicznym wskoczeniem w ramiona i wystawianiem buziaka do całowania. Do tej pory się uśmiecham na to wspomnienie :)
A po południu oglądaliśmy kolejną działkę. A właściwie to trzy działki należące do jednej kobitki. Śliczne miejsce, z dala od miasta, od trasy przelotowej, a jednoczesnie z drogą asfaltową, wszystkimi mediami w odległości kilkunastu metrów od granicy działki, a w sąsiedztwie las sosnowy i ogródki działkowe. Cisza, spokój, śpiew ptaków…. no, chyba zachorowałam na tą działkę. Jutro wyciągniemy moich rodziców, coby ją obejrzeli i ocenili sprawę mniej emocjonalnie, niż my.
I nic to, że wpakowujemy się właśnie w kolejny 20-letni kredyt, ale za to będziemy mieć bezjeziorowe mazury w centrum mazowsza :D DDD

wtorek, 4 kwietnia 2006

Bardzo Ważna Decyzja

Wcześniejsze – z nikim nie uzgodnione – rozpoczęcie kolejnego opakowania Clostilbegytu zostalo pochwalone przez doktorka. Jest szansa, że uda mi się znieść cokolwiek do świąt, żeby zrobić inseminację. Dzisiejsza wizyta za darmo (!!!) Kolejna wizyta za tydzień. Plus ewentualnie zastrzyk. Plus ewentualnie iui w środę. Plus najdłuższe 15 dni drugiej fazy. 28 kwietnia powinnam znać efekty iui. I tylko sie modlę, żebym w długi weekend ryczała, ale z radości.
zawsze wiedziałam, że z poczęciem dziecka, a później donoszeniem ciąży będę miała problemy.
Nigdy nie myślałam, że mój największy skarb może począć się na fotelu ginekologicznym. Z pipety.
Z każdym kolejnym cyklem więcej obaw, większe wyczekiwanie, większy smutek.

poniedziałek, 3 kwietnia 2006

Nowy cykl

Miało być dzisiaj o przyjaźni. Nie tej szczęśliwej, pełnej wzajemnego zaufania, ale tej zdradzonej. I o tym, jak bardzo potrafi zranić osoba, o której przez ponad 20 lat się myślało: mój Przyjaciel. Z którym się razem cieszyło i płakało, przeżywało każdy dzień życia.
Ale napiszę, że jak zwykle mój organizm zrobił sobie ze mnie żarty. Okres przyszedł z 1-dniowym opóźnieniem, co oznacza, że najprawdopodobniej z iui w tym cyklu nici. Choć może jest to znak, że dzieci powinny być ze spontanicznej radosnej miłości, a nie z wyliczania każdego kolejnego dnia.
Tylko jak tu nie liczyć kolejnych dni cyklu, żyjąc od pigułki do pigułki – aż do 70tej. I od usg do usg. Bez tego niestety u nas dziecka nie będzie.
Wczoraj pierwszy raz pomyślałam, że jestem już tym wszystkim cholrnie zmęczona. Łykanie kolejnych hormonów powoduje u mnie nienaturalna płaczliwość. Wcześniej NIGDY nie zdarzyło mi się płakać na filmie. Teraz zalewam się łzami, że ktoś mało mi znany nie żyje, że on ja tak bardzo w tym filmie kocha, a ona jego nie, że inny on ją zostawił inną ją dla kolejnej innej, a ona go tak kochała.
Butelka ulubionego wina po obiedzie + wspomnienie JPII = opuchnięte oczy.
Jestem zmęczona.

piątek, 31 marca 2006

Meblowanie

Od 5 lat i 2 miesięcy jesteśmy właścicielami swojego mieszkanka. I choć od czasów, gdy mieszkaliśmy na betonie, śpiąc na materacu rozłożonym na podłodze, z kartonami zamiast szafek w kuchni trochę już upłynęło, to jakoś nie możemy się skończyć meblować. Może to moja ciągła potrzeba zmian? Nie wiem. Wiem jedno, że w dużym pokoju zmieniliśmy już dwukrotnie całe umeblowanie, raz wymieniliśmy żyrandol a przemalowywaliśmy ściany trzy razy. W sypialni tylko część mebli została wymieniona, ściany malowane również trzykrotne. Do wymiany glazury w kuchni jakoś nie mogę Kociaka przekonać. Choć z niejakimi oporami dał sie namówić na wymianę blatu kuchennego i zlewu :)
Wczoraj pojechaliśmy do Ikei na obiad. Wróciliśmy z nowym dywanem do dużego pokoju i lampką nocną do sypialni :D DD
I pilnie potrzebuję jeszcze jednego pokoju i chociaż 5m2 kuchni. Może ktoś ma na zbyciu?
Ps.
Mam nową płytę Renaty Przemyk. Nie skomentuję w tym miejscu cen w Empiku. Powiem tylko, że 20m dalej, w Geancie, zapłaciłam za nią 10 zł mniej.
Ps.2
Wrrrrr, czy ja się kiedykolwiek dogadam z tym cholernym PKO??? Jak nie wprowadzą w system niepoprawnej daty spłat kredytu, to czterokrotnie go zawyżą (bez odsetek, oczywiście), albo zlikwidują nr konta do wpłat, żebym mogła co miesiąc ich odwiedzic i odstać co najmniej 40 minut (oczywiście jak zdążę przed 17 do swojego oddziału, bo w innych nie można spłacać); sobota jako termin spłaty raty odpada, bo mimo, że nie jest zastrzeżona w umowie, a bank pracuje, to nie ma pani X czy Y, która może zatwierdzić wpłatę. A – gdy wreszcie udalo mi się uzyskać po kilkumiesięcznej walce nr konta do spłaty – to próbują mnie naciągnąć na odsetki bezczelnie chcąc przetrzymywać kasę na nieoprocentowanym rachunku, a rozliczając wpłaty z niego dopiero na 1-go. Oczywiście zupełnie niezgodnie z umową.
Wrrrr, czy tylko ja mam takie problemy z PKO BP, czy to u nich taki standard?

czwartek, 30 marca 2006

czwartek

Wiosna za oknem. Na polach w drodze do pracy zielenią się pierwsze zboża. Decyzja o iui podjęta. I jeśli tylko okres mi sie nie spóźni (nawet o jeden dzień) to w Wielki Piątek powinniśmy mieć inseminację! Już się nie mogę doczekać. I chociaż głupio byłoby myśleć, że uda się za pierwszym razem, to mam świadomość, że ten sposób zwiększa o kilka procent nasze szanse. I daje poczucie, że walczymy, że się nie poddajemy i że w końcu nam się MUSI udać! I się uda.
A do nieszczęsnej draceny – ofiary kocich igraszek, wczoraj udało nam się dokupić doniczkę. I stoi z powrotem na swoim miejscu, tylko jakoś tak mizernie wyglada z tymi połamanymi listeczkami. Chyba jakąś kurację odżywkową trzeba by zastosować :)

środa, 29 marca 2006

12dpo

Coby nie trzymac nikogo w niepewności, uprzejmie donoszę, że moje cholerne ciało znowu zrobilo sobie ze mnie żarty. Zresztą bardzo brzydkie żarty. Test zrobiony. Jedna kreska. Na wtorek umówiliśmy się do lekarza, a teraz rozważamy, czy by nie zrobic inseminacji już w tym cyklu. Po roku starania, zaczyna mi siadac psychika, a baaardzo nie chciałabym żeby odbiło się to na naszym małżeństwie.
A z wiosennych wieści, kwiatki na tegoroczny balkon już posiane, werbena zaczyna już nawet kiełkować. Pomidorki ozdobne mają ponad 1cm. A w powietrzu czuć wiosnę. A we mnie cicho i spokojnie, bez smutku, bez żalu. Po prostu.
A o 12.57 miałam oglądać zaćmienie słońca, a tu chmury i nic nie zapowiada, że sobie pójdą gdzieś indziej.

wtorek, 28 marca 2006

Próba zdjęć

ekhmm, nie mam pojęcia czy coś z tego wyjdzie, ale spróbuję.
Poniżej śpiąca Bidaznędzą, znaczy się Ptyśka
i39777.jpg
oraz nasz stary domownik:
i39778.jpg
A to zniszczenia dokonane, w czasie gdy nie śpią:
i39779.jpg

poniedziałek, 27 marca 2006

:)

Aga z angielskiego jest w ciąży!!!! Po dwóch latach starań się udało!!!! Strasznie sie cieszę. To już 6 tydzień i nawet widziała swoją fasolkę! Oczywiście nie zapomniałam jej zapytać o progesteron – w ubiegłym tygodniu miała 80ng/ml.
A od soboty nie mogę dotknąć własnych piersi, każdy ucisk boli. Spanie w mojej ulubionej pozycji na boku, z przyczyn technicznych zakazane do odwołania. W tym miejscu nie wspomnę, że nigdy w życiu nie miałam PMSa, ani żadnych związanych z nim atrakcji. I wcale się nie nakręcam ;)

sobota, 25 marca 2006

8dpo

Dzisiaj rano powtórzyłam progesteron. Pani w laboratorium już nie muszę podawać swoich danych, chyba w najbliższym czasie poproszę o jakiś rabat dla stałego klienta :)
Dostałam wyniki po obiecanych 4 godzinach. I co? Wynik 49,07ng/ml. Oddając mi wyniki laboratka zapytała, czy może przypadkiem nie jestem w ciąży, bo rzadko widuje takie wyniki.
Aaaaaaaaaaaaaaaaa, chyba zwariuję do przyszłego piątku. Niech mi ktoś zainstaluje włącznik niemyślenia, plizzzzzzzzzzzz

piątek, 24 marca 2006

Progesteron

Miałam dzisiaj tyle napisać, ale nie napiszę. I nie napiszę o środowej wizycie naszych ulubionych znajomych z córcią, ani o upieczonym wczoraj wg przepisu Balderdash chlebie, ani o tym, że było to pierwsze w moim życiu ciasto drożdżowe, którego nie musiałam wyrzucać do śmieci razem ze ścierką pod którą rosło, ani o tym, że dzisiaj tak pięknie świeci słońce i zrobiło się tak przyjemnie wiosenno. Powiem tylko, że wczoraj (6dpo) poszłam zrobić sobie progesteron i toxo.
Tak jak się spodziewałam, wynik toxo pozytywny w klasie IgG (dalekie echo przynoszenia do domu każdego śmietnikowca, zwłaszcza tego wyglądającego na chorego, bo taaaki biedny…), więc za trzy tygodnie powtarzam badanie.
Zamiast progesteronu pani oznaczyła mi prolaktynę. Tutaj wynik jest chyba niezły, bo 15,87, przy normie do 24,1. No i w ramach przeprosin zrobiła mi jeszcze dzisiaj progesteron za friko. I ten wynik mnie zaszokował: 52,90 ng/ml przy normie dla tej części cyklu 1,7-27!!! Poszukałam i znalazłam:
Progesteron wzrasta stopniowo w ciąży. Średnio w terminie miesiączki osiąga stężenie 20 ng/ml wzrastając do 40 ng/ml w końcu pierwszego trymestru. Wyższy progesteron zazwyczaj wiąże się z większym bezpieczeństwem ciąży, ale nie ma takich stężeń na podstawie których można by wyrokować co do jej dalszego przebiegu. Zdarza się, że nawet przy bardzo niskich stężeniach progesteronu ciąża rozwija się zupełnie prawidłowo.
Stężenia progesteronu w ciąży mnogiej są wyższe niż w pojedynczej.”

ale też:
„Nie ma takiego stężenia progesteronu, które wskazywałoby na ciążę przed terminem miesiączki.”
No i znowu mam zagadkę.

środa, 22 marca 2006

Zdecydowałam się

porozmawiac z mężem. Zresztą, i tak zauważył, że coś jest nie tak, choć za wszelką cenę starałam się to przed nim ukryć. I znowu okazało się, że przez ostatnie 10 lat zdążył mnie poznać na wylot :) I zawsze wie, kiedy się odezwać, co powiedzieć i czy w ogóle trzeba cokolwiek mówić, czy wystarczy mnie tylko przytulić, żeby cały świat się rozpromienił. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że to właśnie ja trafiłam na takiego mężczyznę. A jeszcze bardziej się dziwię, że przez tyle lat widziałam w nim tylko dobrego przyjaciela.
Wszystkim, którzy tu zaglądają dziękuję za słowa wsparcia. Czasami potrzebuję, żeby mi ktoś przypomniał, że pco to nie koniec świata i że ludzie mają znacznie większe problemy i się nie zadręczają.
Pozdrawiam wszystkich wiosennie :)
Ps. Aparacik sprawuje się świetnie. Koty nie chcą współpracować przy tworzeniu ich portfolio ;)

poniedziałek, 20 marca 2006

Jest mi źle

Cały weekend mam przeczucie, że się nie udało. Że znowu spartoliłam sprawę. Tak, ja spartoliłam. Bo w końcu to ja mam głupie pco. W piątek androlog stwierdził, że wyniki Kociaka – choć może odbiegają od norm – to jednak są rewelacyjne. Bo badanie nasienia ma bardzo duży błąd statystyczny. I cbyba jeden kamień z serca. Ale w zamian, na to miejsce, kolejny, znacznie większy. Że to wszystko moja wina.
Tylko cholera, co ja zrobiłam, że tak jest? Odkąd skończyłam 10 lat marzyłam o dwójce dzieci, w tym jednym adoptowanym. Odkąd zaczęłam miesiączkować i nie wszystko było zgodnie z lekturą fachową, zaczęłam się leczyć. Odkąd skończyłam 15 lat, jadę na hormonach. Najróżniejszego typu i w najróżniejszych dawkach, z czego część w maksymalnych. Wybierając kolejnych ginekologów, nigdy nie kierowałam się ceną wizyty, czy odległością, a zawsze opiniami o nich.
A teraz dół gigant. I jeszcze nie potrafię o tym spokojnie porozmawiać. Nawet z własnym mężem, choć jest moim największym przyjacielem. I choć dzisiaj jest 3 dpo, już czekam na miesiączkę.

czwartek, 16 marca 2006

Po wizycie

Są trzy piękne pęcherzyki i – dzięki nim – potrójna szansa na bobaska :D Na dodatek Pregnyl jest ponad 5 razy tańszy niż Ovitrelle (zastrzyki na pęknięcie pęcherzyków). Zalecenie lekarskie:
- na kolejnym USG pan doktor chce zobaczyć śliczny pęcherzyk ciążowy (albo i kilka).
No, jak to zalecenie lekarskie, to ja grzeczną dziewczynką być muszę i słuchać pana doktora.
A właśnie przed chwilą dotarł do mnie nasz nowy aparat fotograficzny. A co! Jak już są jajka, to może inseminacja nie będzie potrzebna…? ;)

środa, 15 marca 2006

11 miesięcy

starań już prawie za nami. Cykl ósmy w trakcie. Rano w drodze do pracy:
- Kitku, może byśmy sobie kupili nowy aparat (fotograficzny)?
- No nie wiem, fajnie by było, ale… za te pieniądze można by zrobić jedną inseminację… Aparat to tylko pierdółka, a z inseminacji może być to co najważniejsze, całe życie… :)

wtorek, 14 marca 2006

12 dc

W sobotę zostały zakupione ogrodniczki w rozmiarze 98, sztruksowe, różowiutkie, z kwiatuszkami i motylkami, z kieszonkami na pupie. Oczywiście, dla ulubienicy mojego męża, znaczy się córci znajomych, która właśnie kończy dwa latka. I tak je sobie codziennie wyjmuję z torebki i głaszczę i czekam, kiedy taki zakup będzie dla naszej córci :)
Wyniki nasionek Kociaka znacznie poprawione, wieksza ruchliwość, większa ilość i lepsza morfologia. A jutro wizyta u lekarza na podglądanie ewentualnych jajek.
Poza tym już wiem, dlaczego mierzenie temperatury nie jest w moim przpadku żadnym wskaźnikiem. No bo oczywiście po dwóch tygodniach przerwy w lutym, znowu ją zaczęłam mierzyć. I od owulacji w poprzednim cyklu do dnia dzisiejszego temperatura wciąż oscyluje wokół 37°. I nie oznacza to ani ciąży, ani przeziębienia. Taka inna po prostu jestem :(

czwartek, 9 marca 2006

Dzień Kobiet

Bukiet róż o 6.20 rano, wieczorkiem kolacja w ulubionej knajpce, dobre winko…hmmm… czy można chcieć czegoś więcej? I wcale mi nie przeszkadza fakt, że to święto komunistyczne :)
A glut z mlekiem i miodzikiem, jest całkiem, całkiem :)
I do kompletu dobrych wiadomości: wreszcie nasze konto wygląda przyzwoicie. A to dzięki urzędowi skarbowemu, który postanowił wspaniałomyślnie przelać kasę z rozliczenia podatkowego w niecały miesiąc od złożenia zeznania. Jestem pod wrażeniem, w poprzednich latach się to nie zdarzało.

wtorek, 7 marca 2006

Radio

mi dzisiaj w pracy padło, a to internetowe też coś nie chce zadziałać. Wrrrr, normalnie się wścieknę. No po prostu nie potrafię pracować w takiej ciszy. Zwłaszcza, że znowu siedzę sama i nie ma do kogo buzi otworzyć. I tak do końca tygodnia.
Dobrze, że chociaż na stronie Renaty Przemyk można posłuchać kilku kawałków. :)
więc:
„Jeśli kochasz mnie, jesteś jak aksamit,
tulisz się przez sen, myślisz pożądaniem,
wiesz, czego chcę, nim sama o tym wiem
nie okłamiesz mnie
na nic nie żal ci, aż uwierzę,
że juz po sam grób tak będziemy leżeć,
kwiaty znosisz mi
znosisz moje łzy,
zawsze my, wciąż ja i ty (…)”

poniedziałek, 6 marca 2006

Nowy cykl

z clo uważam oficjalnie za otwarty. Kolejne opakowanie rozpoczęte. Dzisiaj odebraliśmy wyniki nasionek Kociaka, może nie są rewelacyjne, ale od poprzedniego badania i tak się znacznie poprawiły :) Na przyszłą środę jesteśmy umówieni na podglądanie moich jajek i kolejny zastrzyk (tfu, tfu, tfu przez lewe ramię, żeby nie zapeszyć).
A od piątku mamy nowego członka rodziny. Zwie się Ptysia i jest uroczą koteczką koloru cappucino z pianką. Co prawda wygląda póki co jak bida z nędzą (zwłaszcza, że musiałam jej trochę siersi podgolić, bo biedactwo miało ją tak skołtunioną, że rozczesać się nie dało) i musimy się udać jutro do weterynarza, bo jakaś chora chyba jest, ale najważniejsze że została przyjęta przez naszego już od 2 lat kocurka. Dzisiaj w nocy nawet razem spały :) . Papugi, póki co, nie skomentowały nowego lokatora.

czwartek, 2 marca 2006

:(

Wkurza mnie to wszystko. Ja sama mnie wkurzam. A już najbardziej mnie wkurzam, jak nie działam (czy też raczej mój cholerny organizm nie działa) tak jak powinnam. Niby połykam grzecznie leki, terminowo zgłaszam się na wizyty u doktorka, prowadzę zdrowy tryb życia, a jednak… Teraz np. nie wiem, czy mam @, czy też nie. I mimo, że skończyłam już 26 lat – po prostu nie wiem. Bo to co leci, do normalnych rzeczy nie należy, zarówno ilościowo, jak i jakościowo… ehhh, głupia jestem

środa, 1 marca 2006

I jak go nie kochać?

Gdy rano się budzę i widzę tuż przed oczami „Kocham Cię Perełeczko moja najśliczniejsza”. A zaraz potem w łazience na półce „Kocham Cię Lelusia, za to, że zawsze jesteś mym Słoneczkiem!” A potem jeszcze kilka takich liścików w kuchni, przy gorącej herbacie, czy na torebce od drugiego sniadania przez niego zrobionego – wtedy myślę, że znowu kocham go jeszcze mocniej (choć dzień wcześniej, myślałam, że nie jest to możliwe)
:D
Ps. A na @ wciąż czekam, w związku z czym wizyta u doktorka przełożona na poniedziałek.

poniedziałek, 27 lutego 2006

:(

No i chociaż sobie obiecywałam, że tym razem poczekam z testem do 01 marca, to nie udało mi się i w sobotę go zrobiłam. Co prawda nie z rannego sikania, ale… Test chyba jakiś felerny był, tylko jedna krecha na nim.
Więc pewnie od jutra lub środy zaczynamy kolejny cykl. Na czwartek już się umówiliśmy do doktorka po kolejną porcję leków na dzidzię, a Kociak jest umówiony na badanie nasionek. Może tym razem wyniki będą lepsze? W końcu zrezygnował już z kawy, napojów gazowanych, fast foodów, wcina witaminki, no i oboje popijamy glutowato wygladające (a smakujące jeszcze obrzydliwiej) siemię lniane. Zobaczymy…
Ale jest tez dobra wiadomość. No może wiadomość to jeszcze za duzo powiedziane, ale na pewno dobre plany. Wczoraj ze znajomymi doszliśmy do wniosku, że na wakacje wybierzemy się razem (jak zresztą w ubiegłym roku), ale tym razem do Chorwacji, a nie nad polskie, choć piękne to jednak bardzo zimne morze! Wreszcie!!! To nasza wspólna pierwsza wyprawa zagraniczna. Przez ostatnie siedem lat oszczędzalismy najpierw na mieszkanie, potem na ślub, potem na wykończenie mieszkania, potem na spłatę kredytu mieszkaniowego, potem na kolejne szkoły i kursy, na samochód (żeby zaoszczędzić Kociakowi ponad 2,5 godziny do pracy i drugie tyle z pracy w komunikacji miejskiej), na utrzymanie tegoż samochodu. A w tym roku postanowiliśmy zaszaleć! A nuż będzie to nasz szczęśliwy wyjazd? :)

środa, 22 lutego 2006

7DPO

Szybki dzień w pracy, w związku z nadganianiem trzydniowego lenistwa (znowu sama w pracy i brak weny pracowniczej ;) ). A wieczorkiem smażenie faworków na jutro i kolejne odcinki drugiej serii Desperatek.
Nie-myślenie prawie mi wychodzi. Tylko muszę mieć cały czas coś do robienia lub czytania… A poza tym cały czas kłuje mnie lewy jajnik, choć domyślam się, że to taka mała ściema z jego strony, bo pęcherzyk był w prawym jajniku. Poza tym już mnie raz próbowały nabrać. Tym razem się nie dam podpuścić i do przyszłej środy się nie nakręcam! ;)

wtorek, 21 lutego 2006

To już chyba wojna?

Niestety, nawet mój zazwyczaj bardzo cierpliwy i wyrozumiały małżonek, który kocha święty spokój i jest największym wrogiem wszelakich nieporozumień i kłótni i zawsze pierwszy wyciaga rękę na zgodę i zawsze próbuje wszystkich wytłumaczyć, tym razem spasował. No, po prostu poddał się. I w sumie mu się nie dziwię. Bo jak wytłumaczyć faworyzowanie przez rodziców dziecka, które do własnego ojca mówi spier…, które, gdy tenże ojciec był prawie 10 tygodni w szpitalu odwiedziło go zaledwie raz, i które twierdzi oficjalnie, że nienawidzi tego sku…
I nie, nie wynika to z mojej czy Kotka zazdrości, po prostu wydaje mi się, że jak się człowiek decyduje na więcej niż jedno dziecko to – niezależnie, czy te dzieci spełniają nasze oczekiwania, czy nie – powinno się je traktować porównywalnie, obdarzać takim samym uczuciem i takim samym szacunkiem. Po prostu.
Gdy spytałam wczoraj, czy udało się załagodzić sytuację, mój mąż był stanie powiedzieć tylko jedno: nasze dziecko będzie miało tylko dwoje dziadków…
Smutno :(

poniedziałek, 20 lutego 2006

Cieszę się sobotą z rodzicami, ciastem upieczonym przez Kociaka, cieszę się leniwą niedzielą pod ciepłą kołderką i z winkiem. I jeszcze się cieszę, że dzisiaj wyszło słoneczko, i że coraz bliżej do wiosny.
A dzisiaj gryzę. Właśnie moja sznowna teściowa zadzwoniła do synka po 5(!) tygodniach nie odzywania się. Oczywiście zadzwoniła do pracy (bo przecież to najlepsze miejsce na wyjaśnianie prywatnych nieporozumień) mimo, że wie, że chociaż Kociak jest kierwonikiem, to na laboratorium wciąż kręcą się pracownicy. No i oczywiście się poryczała, że to nie ona jest winna całej sytuacji. I że w ogóle to ona jest najbardziej poszkodowana w tym wszystkim… I pewnie dlatego potrzebowała 5 tygodni na telefon do ukochanego synka i pretekstu w postaci paczki do mnie, którą listonosz dostarczył do nich. Ehhh…

piątek, 17 lutego 2006

Piątek

W tym cyklu:
- nie analizuję sygnałów z podbrzusza (a tak naprawdę, to wcale ich nie słyszę i – przede wszystkim nie staram się słyszeć)
- nie zastanawiam się, czy już, czy jeszcze
- nie obliczam potencjalnej daty porodu,
- nie nakręcam się
- nie wyglądam bocianów (one kłamią!!! W ubiegłym roku, dwa razy takie latały nam nad samochodem: nie obok, nie w poprzek, ale właśnie tuż nad i to przez kilkadziesiąt metrów),
- nie wchodzę na strony dotyczące objawów ciąży,
- nie czytam stosownej literatury.
Skupiam sie na pracy, na codziennych przyjemnościach, na zakupach etc.
I jeszcze jedno: wstępnie ustaliliśmy z Kociakiem, że jak się nie uda do czerwca włącznie, to trzeba będzie pomyśleć o inseminacji. Zawsze to kilka procent więcej szans.

środa, 15 lutego 2006

„Dzisiaj jestem jednym wielkim oczekiwaniem.
Czekam na wszystko o czym śnię i marzę,
O czym śnić i marzyć nie śmiem.
Czy na ziemi może być raj?
Tak bardzo boję się, że nie….”

wtorek, 14 lutego 2006

16dc

i 23 mm pęcherzyka to wspaniała wiadomość na walentynki! Do tego gratisowy (!) zastrzyk z gonalu (czyli zaoszczędzone 100 zł) na pęknięcie pęcherzyka wprawiły mnie dzisiaj w wyjątkowo dobry nastrój. A wieczorem Hymn miłości według Edith Piaf i przytulanie walentynkowo – dzieciowe.
Mhmmm, już nie mogę się doczekać….

poniedziałek, 13 lutego 2006

Po urlopie

znowu w pracy. A ponieważ zdążyłam się już obrobić z najpilniejszymi rzeczami, to mogę posiedzieć chwilkę na internecie ;)
Wczoraj byliśmy u znajomych – rodziców już prawie dwuletniej P. I znowu patrząc na tego szkrabika, nie mogę się nadziwić, jak to się dzieje, że w tak krótkim czasie, ten mały człowieczek tak się zmienił. Bo przecież zaledwie dwa lata temu to było takie maleństwo, że bałam się poruszyć trzymając ją na rękach, żeby nie skrzywdzić. A teraz biega jak szalona po całym domu, gada o wszystkim szczegółowo opowiadając co robi, wie co jej wolno, a czego nie bardzo, potrafi przeprosić jak coś narozrabia i w ogóle to jest już taka duża. I tak sobie myślę, że poza cudem stworzenia takiego szkraba, to jest chyba drugi największy cud. Te pierwsze lata życia dziecka i ten ogrom zmian jaki w tym czasie przechodzą. I już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła sama być świadkiem takiego małego cudu.
Na dzisiejszy wieczór Kociak zaplanował wypad na koncert Renaty Przemyk – głównie ze względu na mnie, bo sam nie przepada. Ale tak sobie myślę, że nie ma nic lepszego na odstresowanie i niemyślenie, niż dobra zabawa. A na taką mam dzisiaj nadzieję.
A już jutro dowiem się, czy udało mi się znieść cokolwiek, co mogłoby przy małej pomocy farmakologicznej pęknąć.

piątek, 10 lutego 2006

:D

Cudowne kilka dni sam na sam z ukochanym mężczyzną potrafi zdziałać cuda. A swoją drogą, czy to nie zaskakujące, że po 7 latach ze sobą (no już prawie 7 latach, jeszcze tylko 4 dni!) wciąż nie możemy nacieszyć się własną towarzystwem?
W poniedziałek pomalowaliśmy sypialnię. Tak naprawdę to wprowadziliśmy małą zmianę w naszym kremowym pokoiku. Teraz ma jedną ścianę w cudownie cieplutkim (i cholernie intensywnym) odcieniu bordo.
Poza tym – w czasie gdy Kociak uczył się do sesji – ja nadrobiłam zaległości książkowe. Tak więc najnowszy „Harry Potter” i znacznie starszy „Ali i Nino” są już przeczytane. A w trakcie jest „Pod słońcem Toskanii”. :)
Wizyta u naszego doktorka dała nam dzisiaj jedynie informację, że w 12 dc jest póki co 2 jajeczka – oba około 14 mm, więc jest szansa na owulację. Zresztą umówiliśmy się znowu na wtorek, wtedy będziemy wiedzieć więcej. Przede mną na usg była mamusia ślicznych bliźniaków, o czym zresztą dopiero się dowiedziała. I muszę powiedzieć, że rozkosznie było widzieć te dwa szkrabiki na monitorze…
A teraz zmykam do smażenia faworków dla mojego Kochania, ucieszy się jak wróci ze szkoły.

piątek, 3 lutego 2006

Piątek

Zalecenia lekarskie od dzisiaj:
1. nie mierzyć temperatury, bo przy cyklach wspomaganych, nie jest ona wiarygodna (a ja juz polubiłam to nasz codzienne: Lelusia włóż sobie… a chwilę potem: No, ile jest, ile?)
2. Clostilbegyt 3 x 1
3. kolejna wizyta za tydzień
Znaczy się: z dzidzi nici.
No i chyba sobie nową bieliznę kupię… ;-)

czwartek, 2 lutego 2006

Urlop

Kiedyś, bardzo dawno temu zastanawiałam się, jak to możliwe, że mój jeszcze-nie-mąż ma takie problemy z urlopem, że się musi dostosowywać do urlopu wszystkich świętych w swojej pracy, podczas, gdy tenże urlop mu sie po prostu należy! I jakoś nie docierało do mnie, że nie każdy ma tak jak ja, zaplanowany urlop w styczniu na cały rok – i choćby się walilo i paliło – ma prawo z niego skorzystać.
Póżniej mój już-prawie-mąż zmienił swoją pracę, na taką, w której nie ma problemu z urlopem, a ja swoją, na taką, w której zarabiałam pieniądze, pozwalające nam na zakup mieszkania, za to nie miałam prawa do urlopu. I w sumie, przez pierwszy rok nie bardzo mi to przeszkadzało. Miałam satysfakcjonującą pracę, blisko domu, za dobre pieniądze, w niezłej atmosferze, więc jakoś się godziłam z brakiem urlopu. W kolejnym roku pracy , odmieniło mi się. Miałam serdecznie dość, bo z wyczerpujacymi się akumulatorami, wyczerpywała się moja radość z pracy. A półtorej tygodnia urlopu przez 2,5 roku pracy nie dawało odpoczynku, zwłaszcza, że non stop dzwonił telefon.
Gdy znowu zmieniłam pracę, okazało się, że wpadłam jak śliwka w kompot. Zamiast super hura z pracy w wielkiej międzynarodowej korporacji, z siedmiogodzinnym dniem pracy, całym pakietem socjalnym, okazało się, że jest jedno wielkie g. Byle jaka praca, w złej atmosferze, daleko od domu, za marne pieniądze, z wiecznymi umowami na czas określony, zero stabilizacji i perspektyw. I choć miałam możliwość chorowania, czy urlopowania się (w przeciwieństwie do poprzedniej firmy), to jakoś brakowała chęci do pracy i niezbędnego moim zdaniem entuzjazmu.
A teraz mam spokojną pracę, z porządnym facetem jako szefem, blisko Kociaka (co eliminuje konieczność korzystania z publicznych środków komunikacji i znacznie skraca czas dotarcia do domu) i na dodatek wybieram się na urlop. I nie miałam z dostaniem do żadnych problemów. I wiem, że nie będzie żadnych telefonow, które sprawiłyby że czułabym się jak w biurze. I cholernie się z tego cieszę! Bo w kolejnym już etapie mojego dojrzewania do dorosłości odkryłam, że lepiej mieć pracę spokojną i może gorzej płatną, ale za to stabilną i taką, w której pracownik jest również człowiekiem, niż świetnie płatną, ale traktującą człowieka jak robocika, mały trybik, który w każdej chwili można wyrzucić, czy zastapić bez żadnych skrupułów.
Więc od poniedziałku przez tydzień się urlopuję. I już się nie mogę doczekać całego tygodnia z Kociakiem, każdego poranka bez pośpiechu i tej szczególnej bliskości, która wiąże się bliską obecnością kochanego człowieka. :-)
Ps. A po dwudniowym okresie (?) juz ani śladu. I co ja mam myśleć?

środa, 1 lutego 2006

środa

No to rozmawiałam z doktorkiem. Póki co mam się wstrzymać z kolejną dawką clostilbegytu – w każdym bądź razie przynajmniej do piątku.
Bo (w ewentualnym 3 dniu kolejnego cyklu): temperaturka wciąż 37°, w nocy było ledwie plamienie, a teraz z podbrzusza nie docierają żadne sygnały. No, zupełnie cisza.
I dla własnego świętego spokoju zrobiłam wczoraj kolejny test – negatywny. I teraz to ja już naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje. Boję się, że znowu coś się spieprzyło, ewentualnie ujawniło się coś, co do tej pory tylko czekało, żeby mi zakomunikować: „Hej, nie myśl sobie, że wszystko tak łatwo ci pójdzie! Ja tu jestem i na to nie pozwolę!” W końcu jak się coś zaczyna pieprzyć, to na jednej rzeczy się nigdy nie kończy, a w każdym bądź razie nieszczęścia chodzą parami. A u nas póki co odkrytych nieprawidłowości są trzy: moje pco i prolaktyna + problemy Kociaka.
Więc czekam na piątek, zobaczymy co będzie. Jedno jest pewne, ciążowo to ja się nie czuję. W każdym bądź razie nie dzisiaj.

wtorek, 31 stycznia 2006

?

Przyjęłam do wiadomości, że mamy nowy cykl. Przyjęłam do wiadomości, że tym razem się nie udało. Przyjęłam do wiadomości, że na urodziny prezentu nie będzie. Że może będzie na imieniny. Nawet Kociak, co prawda ze smutkiem, ale przyjął do wiadomości, że musi jeszcze trochę popracować w wiadomym zakresie.
Tylko do cholery czemu ta temperatura nie spada? Czemu wciąż utrzymuje się powyżej 37°? Czy nie powinna już spaść do poziomu średnich temperatur z pierwszej połowy poprzedniego cyklu, czyli na grzeczny poziom 36,1 – 36,4°???
Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie?
Nie twierdzę, ze jestem w ciąży, trzeci z kolei test rozwiał wczesniejsze nadzieje, ale co do cholery jest jeszcze nie tak, że ta temperatura nie spada?

poniedziałek, 30 stycznia 2006

Nowy cykl

chyba się właśnie zaczyna. I w sumie to nawet się cieszę, bo to przecież kolejna szansa. I tym razem o tyle większa od poprzednich miesięcy, że nie brniemy już po omacku, tylko wiemy, co zrobić, żeby chociaż mój organizm zadziałał. A to już jest COŚ. Bo oznacza, że jak dobrze pójdzie to w najbliższych jedenastu (z dwunastu statystycznych) cykli jeden będzie właśnie TYM cyklem i że zostaniemy rodzicami. :D
A po sobocie już wiem, że skład chemiczny mojej krwi w wyniku zażywania połowy apteki zmienił sie na tyle, że nawet dwa niewinne drinki pite przez prawie całą noc powodują sensacje nie do pozazdroszczenia. W związku z tym wieczorno – niedzielny wypad do teatru został zastąpiony ciastem upieczonym przez Kociaka (po prostu uwielbiam zapach świeżo upieczonego ciasta!) i tuleniem się przez cały wieczór. A od dzisiaj żagnaj wszelki możliwy alkoholu, nawet w śladowych ilościach.

czwartek, 26 stycznia 2006

12 DPO

Kolejny test z jedną wyraźną krechą chyba ostatecznie upewnia, że jednak nie tym razem. Choć jednocześnie poprzednie dwa dają nadzieję, że być może Ktoś we mnie próbował zamieszkać, ale z jakiś przyczyn Mu się nie udało. No cóż Maleństwo, poczekamy jeszcze chwilę. Miałam już co prawda nadzieję, że wkrótce po walentykach zobaczę maleńkie serduszko, ale w sumie pierwszy dzień wiosny na taki wspaniały widok też się nadaje. Więc teraz czekamy tylko na @ i zaczynamy od nowa.
Dobrze, że chociaż teraz już wiemy co zrobić, żeby było jajko. Poza tym muszę jeszcze zadzwonić do doktorka i poinformować, że się nie udało (mimo tego, że gdy ostatnio byliśmy nawet nie brał tego pod uwagę, a na moje pytanie co jak się nie uda, odpowiedział: Jak to nie uda?)i żeby przygotował kolejną receptę na Clo, bo przecież nie chcę stracić kolejnego cyklu, co ja piszę, mi szkoda każdego kolejnego dnia!
Więc, do zobaczenie Maleństwo w marcu! Tylko tym razem nie każ biednej jeszcze-nie-matce czekać!
Poza tym, co miały znaczyć te wszystkie ciągnięcia i kłucia? Muszę się jeszcze tyle o sobie dowiedzieć….

:-)))

Właśnie wpadł (bo nie można tego inaczej nazwać) do mnie do pracy mój cudowny małżonek, przywożąc mi najcudowniejszą różyczkę o przepięknych złocistych płatkach obrzeżonych ciemną purpurą. Po prostu cudo! I to takie niespodziewane, bez żadnej okazji. I teraz siedzę i – zamiast pracować – wącham i podziwiam. I kocham! Tak najbardziej na świecie!
:-) ))

środa, 25 stycznia 2006

11 DPO

Nic nie napiszę. Umieram dzisiaj z zimna. W pracy mam 10°C i trzęsę się z zimna, nawet gorąca herbata + podkoszulek + golf + sweter nie pomagają. Po niemal dobie bez prądu (na który jest tutaj ogrzewanie) nie mam zielonego pojęcia kiedy będzie na tyle znośnie, żeby myśleć. Zamarza mi mózg i poza delikatnymi kłuciami w brzuchu nic nie czuję. Jedynie kolejne dwie kreseczki na termometrze w górę dają jeszcze nadzieję, że może sie udało. Choć coraz mniej w to już wierzę. Przynajmniej w tym cyklu. No trudno, to dopiero pierwsza bitwa. Ale i tak zwyciężę z własnym organizmem!

poniedziałek, 23 stycznia 2006

9 DPO

No i testy doszły. Jeszcze w piątek, więc postanowiliśmy od razu w sobotę je wypróbować. I jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. I cały weekend zastanawialiśmy się, czy to co widzimy, to widzimy, czy tylko wydaje nam się, że widzimy. Bo choć jedna (testowa) krecha jest niewątpliwa, o tyle istnienie drugiej jedynie podejrzewamy. Bo wygląda ona raczej jak baaaaaardzo słaby cień cieniutkiej różowej kreseczki, ale tam jest. No i nie wiemy, czy to faktycznie już jest TO, czy tylko tak bardzo chcemy, żeby tak kreska tam faktycznie była. Więc postanowiliśmy ponowić test dzisiaj. Rezultat ten sam! W tym samym miejscu, z dokładnie tak samym zaróżowieniem.
No i teraz nie wiem. Jestem już mamą, czy nie jestem? Oto jest pytanie.
A temperaturka wciąż utrzymuje się znacznie powyżej 37 stopni, wciąż mnie ciągnie od środka i wciąż mam twardy brzuch. Więc może to już TO? Żeby rozwiać wątpliwości Kotek zadecydował, że nie będziemy czekać do soboty, tylko już jutro pójdziemy na betaHCG z krwi. Oby tylko coś wykazało! Oby tylko ten cień różowej kreseczki wynikał z małej dokładności testu! oby, oby, oby….
A cały piątek poświęciłam na poszukiwanie w internecie „objawów wczesnej ciąży”. Z marnym rezultatem, bo wszystko co było, dotyczyło ciąży ponad 2-tygodniowej, a znacznie częściej 4-6-tygodniowej. A może Wy pamiętacie, czy jeszcze przed terminem miesiączki miałyście jakieś podstawy do podejrzeń?

piątek, 20 stycznia 2006

6 DPO

Testy już do mnie idą i – przy sprzyjających wiatrach – może dzisiaj lub jutro dojdą. Znaczy się, że w sumie mogłabym wypróbować chociaż jeden już w sobotę lub niedzielę. Zwłaszcza, że skręca mnie z ciekawości. Ale przecież matka powinna być cierpliwa, więc może wytrzymam do poniedziałku, zawsze będzie większa wiarygodność. Cholera, nie wiem, co zrobić, ale wiem, że do przyszłej soboty nie wytrzymam.
A wczoraj w ramach nieskupiania się na własnym brzuchu (i jego ewentualnym Mieszkańcu) po powrocie z pracy (czyli około 18,30) wzięłam się za kuchcenie. I tak wyszedł mi obiad na wczoraj, dzisiaj i jeszcze zupka na sobotę (zawsze wolałam zupy następnego dnia, a już zwłaszcza kapuśniak, ogórkową i pomidorową), a do tego roladki szynkowe w galarecie dla Kociaka. A na zaspokojenie pierwszego głodu (zanim jeszcze się zrobił obiadek) poszły muffinki z czekoladą ze środy, zagryzione rolmopsami. Pyyycha! A tak w ogóle to zauważyłam, że odkąd czekam na wyniki weekendowego przytulania, Kociak jest w siódmym niebie. Codziennie świeży obiad, babeczki w środku tygodnia i ja zadowolona, że chociaż na godzinkę odrywam się od tego wszystkiego, co się we mnie / ze mną dzieje.
A Kociak zastanawia się, gdzie byśmy ustawili cztery łóżeczka i na jaki samochód musielibyśmy zamienić naszą fabijkę – gdyby się tak zdarzyło. I ma przy tym takie rozmarzone, ciepłe oczy… :D

czwartek, 19 stycznia 2006

5 DPO

Wciąż czuję własne podbrzusze. Właściwie to należałoby napisać, że jestem tak na nim skupiona, że rejestruję wszystkie nowe dla mnie uczucia. I – po całych latach braku jajeczkowania (spowodowanych najpierw PCO, potem Mercilonem) – cholernie się z tego cieszę! Nie wiem wprawdzie, czy to jest TO, być może to normalne odczucia po jajeczkowaniu, tyle, że dla mnie są one zupełną nowością.
A temperaturka dzisiaj skoczyła o kolejną malutką kreseczkę i osiagnęła poziom, jaki do tej pory miewałam tylko wtedy, gdy byłam chora. Traktuję to jako dobry znak i mam nadzieję, że mój organizm nie robi sobie ze mnie brzydkich żartów.
;)
Ps. a dzisiaj śniła mi się winda, co wg sennika oznacza, nagłe zmiany w sferze uczuciowej, korzystne lub negatywne. A, że całą noc nią jeździłam i to na dodatek non stop w górę (od czego kręcilo mi się w głowie)zakładam wariant I

środa, 18 stycznia 2006

;-)

Wczoraj na zakupach:
- Kotuuuś, może byśmy sobie kupili Kagorka*, co….
- Wolałbym Lelusia, żebyś teraz nie piła! ;-)
A dzisiaj stwierdziłam, że chyba jednak nie wytrzymam jeszcze półtorej tygodnia, w związku z czym zakupiłam dwa testy o czułości 20mIU/mL (cokolwiek by to nie oznaczało). W każdym bądź razie mają dać wiarygodny wynik już w siódmym dniu po owulacji. Zakup dwóch testów to oczywiście zabezpieczenie, na wypadek pojawienia się dwóch upragnionych krech. Wtedy od razu będę miała możliwość powtórki testu dla upewnienia się. A jeżeli okaże się, że jest negatywny, to przynajmniej nie będę przez kolejny tydzień się nakręcać. Ale co ma nie być pozytywny! Przecież 4 jajka zniosłam!
* Kagor to nasze ulubione mołdawskie winko, bardzo słodkie, bardzo aromatyczne i bardzo pyszne
Ps. A temperaturka nadal rośnie, co prawda dzisiaj tylko o kreseczkę, ale jednak
:-)

wtorek, 17 stycznia 2006

3 DPO

Temperaturka nadal nie spada, wręcz przeciwnie dzisiaj jeszcze o trzy malutkie kreseczki się podniosła. To dobrze, czy źle? A może to najzupełniej normalne? Tak samo jak ciągła świadomość posiadania jajników. Wciąż mi przypominają delikatnymi skurczami lub kłóciem, że tam są. I jeszcze to, że jem swój ulubiony serek od rana i wciąż nie mogę go skończyć, bo jakoś nie ma smaku, więc sie z nim męczę już 5 godzinę, bo przecież muszę zjeść drugie śniadanie. Dla Diamencika. Zresztą w ogóle odkąd zaczęłam starania, wyjątkowo dobrze się prowadzę. Staram się jeść śniadania przez wyjściem do pracy (choć nigdy mi się to wcześniej nie zdarzało), Kociak robi mi bułeczkę na drugie śniadanie (którego nie jadałam od czasów przedszkola), a obiad jest teraz moim trzecim, a nie jak dotąd pierwszym i jedynym posiłkiem w ciągu dnia.
Więc może to już? A może po prostu tak bardzo chcę, żeby to się stało, że sobie wmawiam, że coś jest inaczej niż zwykle?
No, ale przecież były cztery piękne pęcherzyki, każdy ponad 20 mm. I przy założeniu, że wszystkie pękły (a tak być chyba powinno, skoro dostałam na to zastrzyk) to nasze szanse powinny czterokrotnie wzrosnąć. Co oznacza, że jeżeli chłopaki nie zawiodły, to było niemal 100% szansy.
Jezuuu, jak ten czas sie wlecze! Czy nie mógłaby już dzisiaj być sobota 28 stycznia???

poniedziałek, 16 stycznia 2006

Weekend (s)tworzenia

A przynajmniej mam taką cichutką nadzieję. Póki co podwyższona temperaturka się utrzymuje :-)
A weekend? Cudowny. Po prostu. Rozpoczęty śniadankiem do łóżka zaserwowanym przez Kociaka, potem kwiatki, a wieczorkiem lekka kolacja z lampką szampana i muzyką Leonarda Cohena (szystko przygotowane przez mężulka). A zakończony deserem lodowym w ulubionej cukiernio-lodziarni.
I wszystko byłoby słodko-różowe, gdyby nie rodzice Kociaka. Akurat w ten weekend musieliśmy się dowiedzieć, że podjęli decyzję, skłócającą zapewne na dłuższy czas nas ze sobą i moją szwagierką. No trudno, w pewnym sensie spodziewałam się, że tak właśnie postąpią. Tylko serce mi sie kraje, jak patrzę na Kociaka i jego pełne smutku i zawiedzenia oczy. Tak chciałabym mu oszczędzić bólu…

piątek, 13 stycznia 2006

Obwieszczenie

Wszem i wobec ogłaszam, iż – po raz pierwszy w życiu – jestem właścicielką 4 okazałych pęcherzyków. Wszystkich nadających sie do pęknięcia. W związku z tym przyjęłam zastrzyk na ich pęknięcie nie tylko bez strachu, ale na dodatek z radością. I to olbrzymią. I tej radości nie popsuła nawet myśl, że jestem właśnie lżejsza o kolejne 200 zł za 15-minutową wizytę. Bo przecież tak naprawdę to – mimo niemal roku starań – pierwszy cykl, w którym może się coś wydarzyć. I chociaż znam prawdopodobieństwo zajścia w ciążę w pierwszym cyklu – nie potrafię pohamować podekscytowania i oczekiwania.
Zatem od jutra zaczyna się wielkie odliczanie. Oby tylko nie zakończyło się w tym miesiącu, a tak np w październiku… miałabym taki najpiękniejszy prezent na urodziny… Bardzo proszę Panie Boże…
:-) ))

czwartek, 12 stycznia 2006

W oczekiwaniu na wizytę

w Inwidzie, staram się robić wszystko byle tylko: nie myśleć, nie zastanawiać się czy mój organizm raczył wreszcie podjąć współpracę w wiadomym celu.
W związku z tym:
- zrobiłam gorące i bardzo słodkie cappucino (choć nie słodzę od podstawówki),
- pomalowałam paznokcie,
- zrobiłam zakupy na Allegro
- zrobiłam blogówkę (tak to się chyba powinno nazywać, skoro prasa ma prasówkę, to blogi chyba mają blogówkę),
- rozważam sens przystąpienia do Avonu (choćby dla tańszych kosmetyków dla siebie, na dodatek dostarczanych do domu).
Tylko dlaczego ten czas tak cholernie się dłuży?

środa, 11 stycznia 2006

„… Może to wszystko robię dla ciebie
i gdzieś tam jesteś
i o tym nie wiesz…
Może to wszystko polega na tym
by żyć dla kogoś…”

wtorek, 10 stycznia 2006

Obsesja?

Staram się myśleć pozytywnie. Nie przejmowac się. Zająć sie czymkolwiek. Byle tylko nie myśleć o piątkowej wizycie u gina i o dziecku. I czy uda mi się, dzięki wzmmocnieniu farmakologicznemu, znieść jajo? Bo do cholery, jak robić dziecko, jak nie ma z czego? I czy ja znowu tak dużo żądam, prosząc o chociaż tę jedną normalną owulację od niemal roku?
Czy to już jest obsesja na temat własnej nie-płodności? :(

poniedziałek, 9 stycznia 2006

;)

Spokojny, ciepły domowy weekend. Wreszcie zrobiony obiadek i upieczone muffinki (swoją drogą takie rzeczy zawsze mogę piec! szybkie do zrobienia, łatwe do upieczenia, nie opadają, a w smaku… aż mi ślinka cieknie na wspomnienie).I baaardzo dużo przytulania.
A dzisiaj w nocy mesydż z prawego jajnika: „Melduję, że staram się jak mogę, znieść ci to jajko!”

piątek, 6 stycznia 2006

Z wczorajszego obiadku nici

Miało być pysznie, gorąco i pacznąco,więc wybrałam sie na zakupy do Auchan (to jednak jakieś fatum: co praca, to inne centrum handlowe w zasięgu do 10 minut spacerkiem). No i wpadłam. Ponad cztery godziny przy wieszakach i w kolejnych przymierzalniach zaowocowało malinową (!) bluzeczką. I to u mnie kochającej jak nic innego stonowane kolory ziemi + może jeszcze bordo, śliwkę i taki cieplutki odcień kremowego. Do domku wróciliśmy dopiero na moje ukochane „Desperatki”, czyli tuż przed 21.
Może obiadku nie było, ale za to była przepyszna sałatka w wykonania Kociaka. No po prostu niebo w gębie ;)
ps. A prolatyna taka niska zapewne dlatego, że nie odstawiłam w poprzednim dniu bromergonu, więc czeka mnie kolejna wizyta w laboratorium.

czwartek, 5 stycznia 2006

Marzy mi się

pyyyyszny obiadek. Sama już od trzech dni nie gotowałam – na wyraźne życzenie mego szczęścia, które mnie przy garach zastępowało. A dzisiaj marzy mi się kurczaczek pieczony na butelce….., albo może naleśniki z jabłuszkami……., albo jakaś pyszna zapiekanka…… Do tego przydałby się jakiś kawałek ciasta…., tylko takiego domowego. No, sama jeszcze nie wiem. Na wszystko mam ochotę!

Prolaktyna 2,69

przy normie zaczynającej się od 3,4! To dobrze, czy źle? Bo jeżeli to dobrze to super! A jeżeli źle – to jak bardzo źle?A może coś nie tak zrobiłam przed badaniem? Może je robiłam za wcześnie, albo za późno?
Aaaaaaa, na gwałt potrzebuję sporej dawki wiedzy w zakresie endokrynologii ginekologicznej i paru innych tematów.

środa, 4 stycznia 2006

Nowy cykl

ogłaszam oficjalnie za rozpoczęty. Dzisiaj byłam w laboratorium upuścić trochę krwi na sprawdzenie prolaktynki. I z niecierpliwością czekam na wyniki, bo w sumie od nich po trochu zależy moje nastawienie na ten cykl. Z tego co słyszałam bromergon jest w tym zakresie dosyć skuteczny.
A od jutra zaczynam zmodyfikowaną kurację na dzidziusia. W przyszły piątek będę miała możliwość sprawdzenia czy cokolwiek we mnie wyrosło ;-D

poniedziałek, 2 stycznia 2006

Nowy rok

się zaczął. I znowu w pracy, choć miałam być dzisiaj z Kotkiem w domciu. Ale cóż, tak bywa. A Nowy Rok, jak to Nowy Rok. Miły Sylwester w dobrze znanym gronie zakłócany jedną myślą wkradającą się jak nieproszony gość. Znajomi są w ciąży. 5 tydzień. Czysty przypadek – dzieciątko z tzw. nieplanowanych, ale przynajmniej w związku kochających się ludzi. Niby się cieszę, ale jednak tak jakoś smutno.
Z postanowień noworocznych tylko dwa: nie tracić nadziei, tracić kilogramy (no może chociaż z 5), ale to postanowienie może być wyjątkowo trudne do zrealizowania. Zresztą wie o tym każda dziewczyna z PCO. Niestety rozsądne diety, głodzenie się, regularne ćwiczenia najprzeróżniejszego typu w tym przypadku niewiele dają. Ale próbować trzeba, choćby ze względu na mojego skarbeczka, który póki co nie spieszy się na ten świat.