Póżniej mój już-prawie-mąż zmienił swoją pracę, na taką, w której nie ma problemu z urlopem, a ja swoją, na taką, w której zarabiałam pieniądze, pozwalające nam na zakup mieszkania, za to nie miałam prawa do urlopu. I w sumie, przez pierwszy rok nie bardzo mi to przeszkadzało. Miałam satysfakcjonującą pracę, blisko domu, za dobre pieniądze, w niezłej atmosferze, więc jakoś się godziłam z brakiem urlopu. W kolejnym roku pracy , odmieniło mi się. Miałam serdecznie dość, bo z wyczerpujacymi się akumulatorami, wyczerpywała się moja radość z pracy. A półtorej tygodnia urlopu przez 2,5 roku pracy nie dawało odpoczynku, zwłaszcza, że non stop dzwonił telefon.
Gdy znowu zmieniłam pracę, okazało się, że wpadłam jak śliwka w kompot. Zamiast super hura z pracy w wielkiej międzynarodowej korporacji, z siedmiogodzinnym dniem pracy, całym pakietem socjalnym, okazało się, że jest jedno wielkie g. Byle jaka praca, w złej atmosferze, daleko od domu, za marne pieniądze, z wiecznymi umowami na czas określony, zero stabilizacji i perspektyw. I choć miałam możliwość chorowania, czy urlopowania się (w przeciwieństwie do poprzedniej firmy), to jakoś brakowała chęci do pracy i niezbędnego moim zdaniem entuzjazmu.
A teraz mam spokojną pracę, z porządnym facetem jako szefem, blisko Kociaka (co eliminuje konieczność korzystania z publicznych środków komunikacji i znacznie skraca czas dotarcia do domu) i na dodatek wybieram się na urlop. I nie miałam z dostaniem do żadnych problemów. I wiem, że nie będzie żadnych telefonow, które sprawiłyby że czułabym się jak w biurze. I cholernie się z tego cieszę! Bo w kolejnym już etapie mojego dojrzewania do dorosłości odkryłam, że lepiej mieć pracę spokojną i może gorzej płatną, ale za to stabilną i taką, w której pracownik jest również człowiekiem, niż świetnie płatną, ale traktującą człowieka jak robocika, mały trybik, który w każdej chwili można wyrzucić, czy zastapić bez żadnych skrupułów.
Więc od poniedziałku przez tydzień się urlopuję. I już się nie mogę doczekać całego tygodnia z Kociakiem, każdego poranka bez pośpiechu i tej szczególnej bliskości, która wiąże się bliską obecnością kochanego człowieka.
Ps. A po dwudniowym okresie (?) juz ani śladu. I co ja mam myśleć?
OdpowiedzUsuńNapisane przez crazy-house około 7 rok (lata) temu. Odpowiedz
To MOGLA byc implantacja zarodka, jak u Zimno.
Poczekaj pare dni i rob test jak nie bedzie okresu. :)
Napisane przez diamencik około 7 rok (lata) temu. Odpowiedz
UsuńCrazy – umówiłam się dzisiaj do mojego ginekologa. Zobaczymy co powie. A tak po cichutku mi się marzy, że powtórzy to samo co Ty. :-)
OdpowiedzUsuńNapisane przez smilo około 7 rok (lata) temu. Odpowiedz
Wersja o implantacji jest bardzo prawdopodobna. Ja miałam takie krwawienia w obu ciążach. No ale testy wychodziły mi pozytywnie…
Czekamy cierpliwie. Któryś cykl na pewno zakończy się sukcesem!
Kilka dni temu zmusiłam przyjaciókę do zrobienia testu – okazał sie pozytywny. Dziewczyna ma potężne problemy z prolaktyna, miesiączkę raz na ruski rok udaje sie wywołac, owulacji chyba nigdny lekarz nie stwierdził. Lekarz nie stwierdził również wczesnej ciązy – bole w podbrzuszu zdiangozowal jako podraznienie wyrostka – zaaplikowal antybiotyk, srodki przeciwbolowe i leki na wywołanie okresu. A teraz sie okazuje ze to CIĄŻA. Zycie potrafi nas zaskakiwać!