niedziela, 26 sierpnia 2012

Zieleń to życie :-)

Pierwsze w życiu targi ogrodnicze „Zieleń to życie”
Pierwszy żywotnik, który rozświetli rabatę na wprost tarasu
 



Pierwsza borówka amerykańska, która da cień i słodkie owoce w pobliżu piaskownicy


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

….

Lato. Żar leje się z nieba. Młoda, zapisana jeszcze w czerwcu na „Lato w mieście”, popedałowała dzisiaj 3,5 km w jedną strone i drugie tyle z powrotem, byleby by z dziećmi. A ja popedałowałam z nią. Razy dwa, bo zajęcia 3,5 godzinne, więc nie opłacało mi się tam siedzieć.
A jak już sobie przejażdżkę zrobiłam, to jedyne na co mnie było stac, to moje własne łózko i wiatrak. Ochhhhhh, jak cudnie na mnie wiał! I jak tak sobie leżałam, to sobie pomyslałam, ze sporo kalorii mnie to kosztowało. No to jeszcze ciasteczka owsiane upiekłam. Z rodzynkami. Bilans kaloryczny zdecydowanie musi się zgadzać :P

piątek, 3 sierpnia 2012

Jak to jest, że czasami (wczoraj na przykład) mam megaenergię mimo żaru lejącego się z nieba? Obrałam i zawekowałam 6 kilo jabłek wielkości paznokcia (szczerze nie-na-widzę! i małych jabłek i małych ziemniaków. Szag mnie trafia, jak mam je obierać, no ale te jabłka były nie dość, że darowane to jeszcze całkowicie eko), wytachałam do piwnicy 30 dżemów z brzoskwiń, 15 słoików ogórków konserwowych i 15 słoiczków ogórków słodko-ostrych, dwa razy polazłam na miasto, bo okazało się, że mimo 10 kilo w siacie nie wszystko kupiłam (i ach ach, prawie wcale się nie denerwowałam o awantury pt. ja chę mamę trzymać z tą rękę!!!!! Ale za CAŁĄ ręke, nie paluszka!!! Tylko kurna, skąd ja mam wziąć wolne całe dłonie mając zakupy i dwoje dzieci, hę?). A jak juz te zakupy wszystkie przytachałam, to obiad zrobiłam – na wczoraj i na dzisiaj też. I za szycie poszwy na kołdrę dla Pawła się wzięłam (ale gupia maszyna odmówiła współpracy po jednym boku, a ja przez kolejne 1,5 godziny nie namówiłam jej na zmianę zdania). I jeszcze na wieczór ciasto machnęłam, bo od rozmów o diecie dostałam chcicy na cos słodkiego. I to natychmiast :-)
A dzisiaj? Dzisiaj była burza i jest cudownie rześko, a ja najchętniej położyłabym się, pomachała nóżką… no może jakąś książkę poczytała? Albo pudło odpaliła i papatrzyła na jakies lekkie bzdurki (ale takie nie wymagające absolutnie żadnego wysiłku umysłowego)?
Upiekłam tylko paluchy chlebowe z solą morską, trochę poodkurzałam, pranie wstawiłam i zmęczona jestem. Albo rozleniwiona.
Idę zapakowac maluchy do samochodu i jedziemy oglądać niespełna 5-dniowego Krzysia :-)