Jak to jest, że czasami (wczoraj na przykład) mam megaenergię mimo żaru
lejącego się z nieba? Obrałam i zawekowałam 6 kilo jabłek wielkości
paznokcia (szczerze nie-na-widzę! i małych jabłek i małych ziemniaków.
Szag mnie trafia, jak mam je obierać, no ale te jabłka były nie dość, że
darowane to jeszcze całkowicie eko), wytachałam do piwnicy 30 dżemów z
brzoskwiń, 15 słoików ogórków konserwowych i 15 słoiczków ogórków
słodko-ostrych, dwa razy polazłam na miasto, bo okazało się, że mimo 10
kilo w siacie nie wszystko kupiłam (i ach ach, prawie wcale się nie
denerwowałam o awantury pt. ja chę mamę trzymać z tą rękę!!!!! Ale za
CAŁĄ ręke, nie paluszka!!! Tylko kurna, skąd ja mam wziąć wolne całe
dłonie mając zakupy i dwoje dzieci, hę?). A jak juz te zakupy wszystkie
przytachałam, to obiad zrobiłam – na wczoraj i na dzisiaj też. I za
szycie poszwy na kołdrę dla Pawła się wzięłam (ale gupia maszyna
odmówiła współpracy po jednym boku, a ja przez kolejne 1,5 godziny nie
namówiłam jej na zmianę zdania). I jeszcze na wieczór ciasto machnęłam,
bo od rozmów o diecie dostałam chcicy na cos słodkiego. I to natychmiast
A dzisiaj? Dzisiaj była burza i jest cudownie rześko, a ja najchętniej
położyłabym się, pomachała nóżką… no może jakąś książkę poczytała? Albo
pudło odpaliła i papatrzyła na jakies lekkie bzdurki (ale takie nie
wymagające absolutnie żadnego wysiłku umysłowego)?
Upiekłam tylko paluchy chlebowe z solą morską, trochę poodkurzałam, pranie wstawiłam i zmęczona jestem. Albo rozleniwiona.
Idę zapakowac maluchy do samochodu i jedziemy oglądać niespełna 5-dniowego Krzysia