piątek, 30 grudnia 2005

Stresu jednego mniej

Od dzisiaj, od 8.30 znowu zaczynam być sobą. Bo ostatnio jakoś nie bardzo mi to wychodziło. Ale w sumie nawet nie bardzo się starałam. A Kociak cierpliwie był przy mnie, delikatnie tulił i uspokajał. I akceptował wszystkie moje zmiany nastrojów. I nie wyszedł i nie trzasnął drzwiami. Choć ja bym tak zrobiła, mając do czynienia z kimś takim jak ja. Idealizuję go? Chyba nie. Po prostu trafiłam na naprawdę wyjątkowego faceta. I naprawdę jestem mu wdzięczna za to, że jest.

czwartek, 29 grudnia 2005

Stara praca!

Tak postanowiłam, ale – jak zwykle ja głupia – pierwszą decyzję podjęłam zgoła odmienną. I poinformowałam o niej eksszefa nr 2. Po czym sie rozmyśliłam, bo jednak może mniejsza kasa, ale jednak obecna firma nie jest w żaden sposób uzależniona od aktualnie nam miłościwie panującej opcji politycznej. A tamta jest. A jak się zmieni opcja, to i się zmieni personel. Już to przerabiałam. Przez cztery lata. I znam od podszewki. I już więcej nie chcę. Tylko jak to powiedzieć eksszefowi nr 2, nie wychodząc przy tym na kompletną kretynkę? Chyba będę musiała zwalić winę na jakiś niedorozwój umysłowy, który nie pozwolił mi w tak ekspresowym tempie na podjęcie rozsądnej decyzji. O ja głupia, po cholerę tak szybko oddzwaniałam???
Na poprawę zepsutego nastroju wybraliśmy się wczoraj po pracy na zakupy poświąteczne. Tak naprawdę to już je planowalismy od jakiegoś czasu, tylko jakoś szkoda kasy było. No i, w trakcie gdy ja szukałam nowej szczoteczki do zębów (stara straciła żywot w wyniku zalania jakiś tam kabelków w jej środku), Kociak się szwendał po elektronice i rtv-agd. Jak zwykle zresztą. Tłumaczenie, że jesteśmy szczęśliwymi właścicielami sprawnie dzialającej lodówki, pralki, telewizora, wieży, komputera i paru innych tego typu, w tej kwestii nic nie zmienia. No po prostu musi tam iść, obejrzeć i porównać. I gdy już wreszcie do mnie dotarł, oświadczył, że znalazł idealną …. elektroniczną nianię, z podłączeniem do telewizora oraz mini kamerą…. I jak tu się złościć, że mi nie pomaga w wyborze tak prozaicznej rzeczy jak szczoteczka do zębów?

środa, 28 grudnia 2005

Nowa praca???

To już takie moje cholerne szczęście. Jak zdążyłam w poprzedniej firmie podpisać kolejną – po próbnej – umowę o pracę, zadzwonił mój eksszef nr 1 i zaproponował pracę. Na warunkach mi znanych, czyli świetnie płatnych, za to bez żadnej stabilizacji (umowy tylko i wyłącznie okresowe, w jego kolejnych firmach powstających jak grzyby po deszczu). Podziękowałam za propozycję i jej nie przyjęłam.
Jak pracowałam u eksszefa nr 1, zadzwonił eksszef nr 2 z jeszcze wcześniejszej pracy i zapropował małą kasę, za to stabilizację i święty spokój. Postąpiłam jak wyżej.
Jak pół roku temu na gwałt szukałam pracy – to oczywiście do żadnego z nich nie zadzwoniłam. O nie, tego zabraniała mi moja duma! Mimo perspektywy oglądania na koncie po wiek wieków tylko kwot poprzedzanych olbrzymimi minusami. Sama szukałam pracy, na własną rękę. I znalazłam.
I jak pracuję tu już czwarty miesiąc, i jak dwa tygodnie temu potwierdziłam w szczerej wierze, że pracować tu chcę, i jak potwierdzono mi, że mnie też tu chcą, i jak mi przedłuzono umowę na czas nieokreślony (jak to słowo pięknie brzmi swoja drogą), i jak zaproponowano mi tu podwyżkę (może nie za dużą, ale jednak nieadekwatną do ilości pracy), to własnie teraz, a nie np miesiąc temu zadzwonił eksszef nr 2. Oczywiście z propozycją pracy. Oczywiście za lepsze pieniądze, oczywiście w firmie, która istnieć będzie jak mnie na tym świecie już nie będzie, oczywiście z bezpośrednią podległością pod niego, oczywiście na w miarę niezależnym stanowisku. I ja oczywiście nie wiem co zrobić.
Bo: polubiłam już tą pracę, bo się przyzwyczaiłam zarówno do niej, jak i do tego, że nie muszę już korzystać ze środków komunikacji miejskiej tylko jeżdżę sobie wygodnie z Kociakiem, w sumie nie zarabiam tak znowu najgorzej (w każdym bądź razie na waciki mi starcza, na utrzymanie i zapewnienie spokojnego rozwoju przyszłego mego dziecięcia również), mam stanowisko jakie chciałam (mogłam je sobie sama zredagować), mam stabilizację (szef został sprawdzony pod tym względem jeszcze zanim zaczęłam pracę u niego), szef jak ma zły humor to go na mnie nie odreagowuje. A przede wszystkim, bo nie lubię stawiać siebie i ludzi, z którymi współpracuję w takiej sytuacji, nie lubię robić z gęby cholewy najpierw twierdząc, że to praca właśnie dla mnie, a teraz twierdząc, że chcę ją zmienić itp itd
I co ja mam zrobić? Mam tylko dwie godziny na zastanowienie, choć wiem, że każde wyjście, które wybiorę jest niesatysfakcjonujące.
Ehhh…….. ja to naprawdę mam problemy. A tyle ludzi byłoby zadowolonych, gdyby miało jakąkolwiek pracę, a ja?….

wtorek, 27 grudnia 2005

Podsumowanie roku

L. miesięcy starań 8
w tym:
l. cykli 5
l. cykli z owulacją 1 (?)
l. cykli z clo 2
l. poczęć 0
l. ciąży 0

piątek, 23 grudnia 2005

Małe zmiany

w przyjmowaniu pigułek na dziecko od przyszłego cyklu. W związku z tym, iż mój organizm ewidentnie odmawia współpracy w dziele tworzenia i do 17 dc wyprodukował jedynie 12 mm pęcherzyk, oficjalnie uznajemy ten cykl za stracony. W związku z tym już od wczoraj zaczęliśmy duphaston. A od nowego cyklu rezygnujemy z 1 tabletki estrofemu, na rzecz kolejnej tabletki clostilbegytu. Czy przypadkiem trzy pigułki clo w ciagu jednego dnia nie jest maksymalna dawką?
Mam jedynie nadzieję, że tym razem uda się przechytrzyć mój własny organizm, który wbrew podpowiedziom serca i rozumu wcale nie chce mi pomóc.

czwartek, 22 grudnia 2005

No, prawie się udało

zmienić grafikę tej stronki. No, może nie jest do końca tak jakbym chciała i napewno jeszcze się tym trochę pobawię, ale cóż. Dopiero sie uczę. A kolory chyba nie wskazują na to, że marzy mi sie malutka dziewuszka. Cała moja i Kociaka. Nie, na pewno nie ;-)

środa, 21 grudnia 2005

Jutro

kolejna wizyta w Invimedzie. A ja wciąż nie czuję, żeby w moim brzuszku cokolwiek się działo:( ! Nie zmienia to jednak faktu, że po każdym zacieśnianiu więzi międzyludzkich z własnym mężem, trzymam nogi na oparciu kanapy, co by chłopakom nie przyszło do główki płynąć nie w tę stronę, co potrzeba :-)

poniedziałek, 19 grudnia 2005

Jak zwykle

w ramach przeprosin dostałam kwiatki. Ale tym razem małżonek zaskoczył mnie maksymalnie przynosząc w połowie grudnia bukiet 25 tulipanów, zamiast malutkiego bukieciku, jaki zawsze dla mnie kupował (i jaki zresztą bardzo lubię).
W sobotę wybraliśmy sie do przyjaciół i jak zwykle mój małżonek niemal zapomniał o gospodarzach bawiąc się z ich córcią. Słodko przy tym wyglądali, taki wielki facet z taką kruszynką ;-)
A dzisiaj po wizycie w Invimedzie, humor przestał mi dopisywać. Nie dość, że nie widać, żeby cokolwiek we mnie rosło, mimo 14 dc, to jeszcze informacja, że skoro podwyższenie clo, niewiele dało, to trzeba się będzie zastanowić nad zmianą leczenia. W czwartek kolejna wizyta, przekonamy się, czy coś wyrosło, czy nie i zobaczymy co dalej.

środa, 14 grudnia 2005

Nowa bielizna

na kiepski humor jest po prostu niezbędna! Na brzydką pogodę też. I jeszcze na każdy smuteczek, nawet ten najmniejszy. Nic tak nie poprawia humoru jak nowy komplecik, lub chociażby tylko staniczek lub majteczki. I dlatego właśnie zakupiłam kolejny komplet. Nawet nie wiem, który to już w mojej bieliźniarce. Ale co ja mam na to poradzić, że gdy rano staję przed komodą, to mam odwieczny problem: JA PO PROSTU NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ! A że Kotek się wtedy zaczyna śmiać, no cóż, on jest facetem i nigdy mnie – prawdziwej kobiety – nie zrozumie.
Oby tylko rozmiar był dobry, bo zamawiam przez neta, a to mój pierwszy zakup tej firmy ;-)

poniedziałek, 12 grudnia 2005

Kocham święta!

No po prostu je kocham!
Kocham tę wspaniałą atmosferę oczekiwania, ten radosny spokój w sercu, te iskierki w oczach kochanych osób.
Uwielbiam zapach świąt, zapach pasty do podłóg, piekącego sie piernika, pyrkoczącej kapusty i grzanego winka.
Lubię pisać kartki świąteczne, choć po prawdzie w ostatnich latach – poza typowo służbowymi – niewiele ich wysyłałam. Jakoś tak najpierw nie miałam czasu, żeby się zebrać, a jak już się zebrałam, to sobie myslałam, że zanim one dojdą to niemal Nowy Rok będzie, więc lepiej zadzwonię…
Ostatnio zauważyłam, że jednak jest pewna rzecz, która powoli zaczyna wprawiać mnie w smutek. Te cholerne reklamy znaczy się. Wszystkie jak jeden mąż w okresie świątecznym, pokazują model rodziny składający się z rodziców, co najmniej jednego dziecka (parka zresztą najlepiej) do tego oczywiście dziadkowie, babcie i inne pociotki. I wszyscy siedzą grzecznie przy stole, ewentualnie choince, a wokół panuje ten nieuchwytny a jednak wyczuwalny klimat pełnego szczęścia. Tylko tak sobie myślę, że chyba niewiele jest takich domów w rzeczywistości. Przynajmniej ja ich niewiele znam. W naszym domu nigdy nie ma wspólnej wigilii, bo niewiadomo jaki będzie teść. Więc regularnie stawiamy się najpierw u jednych rodziców, potem u drugich. Z czego żadni nie są zadowoleni, bo że tak wpadamy jak po ogień, że jedynie skubnęliśmy wigilijnych smakołyków, a oni tyle czasu je przygotowywali, zresztą głównie dla nas…. Swego czasu myślałam o zrobieniu wigilii u nas, pomysł jednak został odrzucony przez Kotka, z nieśmiertelnym stwierdzeniem: Przecież nie wiadomo co z Tatą.
Poza tym, nie stanowimy standardowej rodziny 2 + chociaż 1. Być może w przyszłym roku to się zmieni. Obiecuję bardzo mocno trzymać za to kciuki!

piątek, 9 grudnia 2005

Wyniki badań

niestety nie są dobre. Prolaktyna dwukrotnie wyższa niż górna granica normy, a LH półtorej raza wyższy od normy dla tego dnia cyklu. Pozostaje się jedynie cieszyć, że TSH i FSH są w normie, i to w miarę w środku przedziału. Na 19 grudnia umówiona już jestem na wizytę w Invimedzie. Zobaczymy co tym razem powie nam doktorek.
Wczorajszy przetarg oddany walkowerem. Bo niestety banki nie przyznają kredytu i nie wypłacają kasy w ciągu tygodnia od złożenia wniosku. Zresztą w tym czasie pewnie ledwie zdążyłabym zgromadzić wszystkie niezbędne dokumenty. Ehhh….

środa, 7 grudnia 2005

Jutro okaże się

czy wielka kasa jest mi juz teraz niezbędnie konieczna. Jutro ma sie odbyć przetarg na upatrzone przeze mnie mieszkanie. Co prawda jeszcze nie miałam okazji zobaczyć, jak wygląda wewnątrz, ale jestem umówiona na oglądanie dwie godziny przed przetargiem. To mi wystarczy. A swoją drogą wystąpiłam do banku o promesę kredytową. Z takim skutkiem, ze promesy, co prawda jeszcze nie mam, ale się dowiedziałam, że mam wciąż otwartą linię kredytową do konta zamkniętego od 2,5 roku!!!! I szanowny mój eksbank nie mial jeszscze czasu na uaktualnienie informacji w Biurze Informacji Kredytowej!!! Przez 2,5 roku!!! Po prostu skandal. Na dodatek miła pani z oddziału banku, gdzie ten rachunek miałam, nie wie jeszcze, co zrobić, żeby dane uaktualnić! Wrrrr….
A dzisiaj zrobiłam z samego rana badania hormonalne. Jutro maja być wyniki, więc się dowiem, czy mój organizm tak samo jak i ja chce dzidzisia i zaczął pracować jak należy, czy trzeba mu trochę w tym pomóc.

wtorek, 6 grudnia 2005

@ nadeszła….

chciałoby sie powiedzieć niestety. Ale chyba nie tym razem. Bo tak sobie myślę, że i tak w poprzednim cyklu jajeczka odpowiedniego nie było, więc lepiej, że się już skończył. Tym samym – teraz z dwukrotnie powiększoną stymulacją clo – zaczynam kolejny cykl. Razem z nowymi nadziejami.
Zaczytuję sie ostatnio w kolejnych blogach dziewczyn z podobnymi problemami. I choć wiem, że jestem dopiero (tfu, tfu, obym nie miała racji) na początku drogi, i że muszę uzbroić się w cierpliwość, to jednak przeraża mnie to wszystko. To czekanie, niepewność, czy już, czy jeszcze nie, i te cyklicznie powtarzające się @ informujące o kolejnej porażce.
Boże daj mi cierpliwość, żebym się nie załamała zbyt szybko, a przede wszystkim daj mi szansę bycia matką. I – jeśli by to nie sprawiło problemu – daj mi tę szansę w miarę szybko…. :-) ))

piątek, 2 grudnia 2005

Tak się zastanawiam

czy mając dwa kredyty w spłacie, w tym jeden w znacznie przedwczesnej spłacie (znaczy się po 1/4 okresu spłaty spłacone 2/3 kredytu), znaczny debet na rachunku (co prawda pokrywany wpływami, ale tylko do 10 km :-( ), do tego kartę kredytową (tylko jedną, za to zawsze regularnie spłacaną) i samochód (czyli kolejny spory wydatek co miesiąc na paliwo + okresowo fortuny na ubezpieczenie) można się starać o kolejny kredyt, przewyższający wartością wszystkie pozostałe razem wzięte?
Do tego jeszcze zmieniając (przynajmniej na papierze) pracę w ostatnich dwóch latach 4-krotnie (przy zachowaniu jak najbardziej ciągłości zatrudnienia) i nie będąc w ostatnich 5 latach na garnuszku państwa (ani męża) można być wiarygodnym dla banku? Jeszcze nie wiem, pewnie dowiem sie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Ale o tym na razie sza … żeby nie zapeszyć ;-)
Dobrze, że chociaż mąż stabilnie trzyma się jednej firmy od lat, zarabia nienajgorzej (choć znacznie poniżej obupólnych naszych oczekiwań) i ma porządne stanowisko.
A tak właściwie, to nawet jeszcze nie wiem, czy będę tego kredytu potrzebować. Nie, żebym dysponowała kilkudziesięcioma tysiącami PLN w kieszeni. Po prostu nie wiem jeszcze, czy cel, na który jest mi potrzebna kasa niemal na już, jest w zasięgu moich możliwości… No nic trzeba czekać. Przynajmniej jeszcze tydzień. Dla mnie o tydzień za długo.
Czy wspominałam już, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną????