Tyle, że potem najpierw Ela odmówiła wspólpracy przy obiedzie i memłała ziemniaki 30 minut. Mięso, albo raczej jeden marny gryz mięsa – godzinę. Słownie: GODZINĘ. Jak wreszcie poszła do łóżka, to co 5 minut jak nie siku, to qpa. Razy nie wiem ile, ale z 5 co najmniej. Plus czytanie bajeczek swojemu synkowi (krowie znaczy się, jakby ktoś mego wnuka nie znał jeszcze). W efekcie Paweł widząc kręcącą się młodą sam zaczął nadawanie, skakanie, smianie się i nie wiem co on tam jeszcze robił. gdy w końcu po 2 godzinach takiego „drzemania” poszłam po młodzież, Ela smacznie spała, Paweł w najlepszer piszczał z radości
Ela z drzemki wstała w humorze dupnym. poukładfała koraliki, pobudowała z klocków, zrobiłyśmy kisiel i stwierdziła, ze chce kolację. JEDNĄ bułeczkę jadła 70 minut. SIEDEMDZIESIĄT!!! Wrrrrrrrr. No cholera mnie już strzelała, a ta swoje, że jak skończy bułeczkę to sie poprzytulamy i bajkę obejrzymy. bajki oczywiście nie było, bo jak się bawi jedzeniem, to bajek nie ma. Więc awantura pod prysznicem. Kolejna o mycie włosów, które zawsze bardzo lubiła. A teraz mam serdecznie dosyć. Normalnie cisza to błogosławieństwo
***
A tak w ogóle, to uwielbiam tą małą, nawet wtedy gdy się wścieka i ze złości płacze