Mimo całej magii cieopla dziecięcego ciała i tego zupełnie
niepowtarzalnego zapachu, postanowiłam naczyc córeńkę z powrotem
samodzielnego zasypiania, tak jak to robiła przez 6 miesięcy – z
usmiechem na buzi, w kilka minut od położenia w łózeczeku i naszym
wyjściu z pokoju.
Wczoraj po kolacji odłożyłam do łózeczka i…. przeraźliwy płacz z głębi
maleńkiego serduszka. Po 2 godzinach takiego płaczu stwierdzilam, że
metoda połóż, wyjdź i wróć za kilka minut jest do dupy. Zmiana strategii
na usiądź koło łózeczka, nienawiązuj kontaktu i czekaj kiedy się w
końcu zmęczy. Po kolejnej godzinie spała.
Dzisiaj na przedpołudniową drzemkę „zasypiała” 3 godziny 10 minut, a na noc już „tylko” 40.
Takiego rozdzierającego płaczu nie słyszałam u mojej córeczki odkąd
spadła z łóżka. Te delikatne rączki próbujące mnie złapać, a gdy się im
to udało połozyć na swojej główce do głaskania, śiły mi się całą noc. To
omdlewające ze zmęczenia ciałko zsuwające się bezwładnie przy każdej
kolejnej próbie podciągnięcia do stania, by byc bliżej mnie……
świadomość, jak łatwo mogę uspokoić, że wstarczy tylko przytulić,
szeptem w uszko zapewnić o miłości, głaskaniem po główce ukoić skołatane
nerwy…. nie jestem w stanie o tym nawet mysleć…. nie chcę sobie nawet
wyobrażać, co musi czuć moja córeczka, dotychczas zasypiająca z moja
twarzą przy jej buzi, odpływająca spokojnie w sen w rytm głaskanej
delikatnie główki… co chciała powiedzieć mówiło jej spojrzenie, je ręce,
jej płacz….
Ryczeć mi się chce, ale zrezygnmowac nie mogę – to by oznaczało, że cały
jej płacz, jej rozpacz była na darmo, zupełnie bezsensowna. Mam tylko
nadzieje, że szybko uda się zmienić nawyki z ostatnich 2 miesięcy.