Uwielbiam dzieciaki. Kocham patrzeć na nie, jak się bawią, jak broja,
jak żartują. Rozkłada nmnie na łopatki ich widok, gdy śpią, ich
spokojne oddechy i najdziwaczniejsze przyjmowane pozycje :) Próbuję
wykrzesać z siebie morze cierpliwości, gdy mają złe humory (choć z
cierpliwością to nie zawsze mi wychodzi). Ale po 1,5 tygodniu z dwójką w
domu, chorą dwójką i - jak na ich dotychczasowe choroby - wyjatkowo
marudna i upierdliwą dwójką, a przy tym spragnioną czulości i
przytulania, mam dość. Zdecydowanie potrzebuję chwili dla siebie, albo
kilku chwil :) Być może dlatego przewisiałam dzisiaj godzinę na
telefonie z dziewczynami. I na pewno to własnie perspektywa
poniedziałkowego wieczoru z nimi dala mi kopa energetycznego na
dzisiejszy dzień :) Z ogromną przyjemnością lepiliśmy z młodymi mkołaje,
rogaliki i ciasteczka z masy solnej. I nawet niemal całe przedpołudnie
nam to zajęło :) Tym bardziej się cieszę, bo za oknem szaro i buro i
zimno, a nasza kuchnia jasna i ciepła. I pełna gadających i rozesmianych
dzieci :)
Byle do poniedziałku :))))