To już takie moje cholerne szczęście. Jak zdążyłam w poprzedniej
firmie podpisać kolejną – po próbnej – umowę o pracę, zadzwonił mój
eksszef nr 1 i zaproponował pracę. Na warunkach mi znanych, czyli
świetnie płatnych, za to bez żadnej stabilizacji (umowy tylko i
wyłącznie okresowe, w jego kolejnych firmach powstających jak grzyby po
deszczu). Podziękowałam za propozycję i jej nie przyjęłam.
Jak pracowałam u eksszefa nr 1, zadzwonił eksszef nr 2 z jeszcze
wcześniejszej pracy i zapropował małą kasę, za to stabilizację i święty
spokój. Postąpiłam jak wyżej.
Jak pół roku temu na gwałt szukałam pracy – to oczywiście do żadnego z
nich nie zadzwoniłam. O nie, tego zabraniała mi moja duma! Mimo
perspektywy oglądania na koncie po wiek wieków tylko kwot poprzedzanych
olbrzymimi minusami. Sama szukałam pracy, na własną rękę. I znalazłam.
I jak pracuję tu już czwarty miesiąc, i jak dwa tygodnie temu
potwierdziłam w szczerej wierze, że pracować tu chcę, i jak potwierdzono
mi, że mnie też tu chcą, i jak mi przedłuzono umowę na czas
nieokreślony (jak to słowo pięknie brzmi swoja drogą), i jak
zaproponowano mi tu podwyżkę (może nie za dużą, ale jednak nieadekwatną
do ilości pracy), to własnie teraz, a nie np miesiąc temu zadzwonił
eksszef nr 2. Oczywiście z propozycją pracy. Oczywiście za lepsze
pieniądze, oczywiście w firmie, która istnieć będzie jak mnie na tym
świecie już nie będzie, oczywiście z bezpośrednią podległością pod
niego, oczywiście na w miarę niezależnym stanowisku. I ja oczywiście nie
wiem co zrobić.
Bo: polubiłam już tą pracę, bo się przyzwyczaiłam zarówno do niej, jak i
do tego, że nie muszę już korzystać ze środków komunikacji miejskiej
tylko jeżdżę sobie wygodnie z Kociakiem, w sumie nie zarabiam tak znowu
najgorzej (w każdym bądź razie na waciki mi starcza, na utrzymanie i
zapewnienie spokojnego rozwoju przyszłego mego dziecięcia również), mam
stanowisko jakie chciałam (mogłam je sobie sama zredagować), mam
stabilizację (szef został sprawdzony pod tym względem jeszcze zanim
zaczęłam pracę u niego), szef jak ma zły humor to go na mnie nie
odreagowuje. A przede wszystkim, bo nie lubię stawiać siebie i ludzi, z
którymi współpracuję w takiej sytuacji, nie lubię robić z gęby cholewy
najpierw twierdząc, że to praca właśnie dla mnie, a teraz twierdząc, że
chcę ją zmienić itp itd
I co ja mam zrobić? Mam tylko dwie godziny na zastanowienie, choć wiem,
że każde wyjście, które wybiorę jest niesatysfakcjonujące.
Ehhh…….. ja to naprawdę mam problemy. A tyle ludzi byłoby zadowolonych, gdyby miało jakąkolwiek pracę, a ja?….
OdpowiedzUsuńNapisane przez rosem około 7 rok (lata) temu. Odpowiedz
to fakt – ci którzy maja pracę, albo stoją przed wyborem różnych ofert często wybrzydzają, narzekają … a ci biedni bezrobotni zrobiliby wszystko by mieć jakąkolwiek pracę – na tym polega paradoks ludzi pracujących … i najogólniej Polaków …
a Ty chyba powinnaś przy podejmowaniu decyzji pomysleć o swoim przyszłym dziecku, bo jak zdążyłam się zorientować starsz się o maleństwo …
stała praca to chyba ważna sprawa, a niestabilna choc dobrze płatna – to tez kusi …
trudny orzech do zgryzienia …
OdpowiedzUsuńNapisane przez rosem około 7 rok (lata) temu. Odpowiedz
a co do podsumowania roku, to szkoda, że starania były nieowocne … kolejny rok przed Toba i kolejna sznasa – powodzenia
zpraszam do mojego podsumowania roku
login: rosem, hasło:rose
Dziękuję Rose, właśnie jestem już po rozmowie, przynajmniej z obecnym szefem. I zostaję jednak tutaj. Niepotrzebnie napsułam krwi sobie i swoim bliskim. Pozostaje mi jeszcze tylko telefon do eksszefa nr 2. Ale to chyba już jutro ;-)
Usuń