Nie do końca wiem, czym teraz żyję. Po odebraniu Pawła morfologii,
która zanotowała minimalny, ale jednak wzrost, oddycham trochę lżej
głębiej. Niewiele jest rzeczy, na których mogę się skupić - poza Pawła
tomografią (za niespełna 2 tygodnie), kontrolą Eli migdała i decyzją,
czy go tniemy (za tydzień), sprzedażą mieszkania po teściach (na dniach
mam nadzieję :-))
Ostatni tydzień był maratonem. Zaproszenia na Eli i Weroniki (przedszkolnej przyjaciółki) urodziny zrobiła Aga P.,
równiez ona - zorganizowała maluchom pięć milionów atrakcji już w
trakcie samej imprezy (i doprawdy mega szacunek dla dziewczyn za
ogarnięcie ponad dwudziestki dzieciaków w wieku 1,5-7 lat tak, by przez 4
godziny nie było ani jednej awantury, ani jednych łez i ani jednej
przepychanki :-) a maluchy nie nudziły się i miały mnóstwo frajdy).
Za to stroną żywieniową zajęłyśmy się same z mamą Weronki. Stresa
miałam ogromnego, bo zadowolenie gustów 40 czy 50 osób jest wyzwaniem.
No ale chyba się udało :-) I nawet tort zrobiony przeze mnie i Kociaka
dla Eli był wyjściowy :-)))))
A teraz czekam z niecierpliwością na foty Asi :-)
I
gdy się w nocy obudziłam i nie mogłam spać, to dziękowałam Bogu, losowi
za ludzi, którzy mnie otaczają, za ich pasje, serdeczność, zaraźliwą
energię. Za to, że się spotkalismy. I za to, że moja córka już teraz
tworzy takie relacje i że jej "ulubione koleżanki" to naprawę fajne
dziewczynki. Na dodatek mające sympatycznych rodziców, co nie jest bez
znaczenia, gdy młoda zaprasza dziewczynki do nas ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz